
Wszyscy jesteśmy więźniami, ale jedni siedzą w celach z oknami, inni w celach bez okien.
- Khalil Gibran
Jeśli powiedziałabym ci co myślę, byłbyś zaskoczony
Jeśli zrobiłabym coś nieprzemyślanego, byłbyś przerażony
Oszczędzę cię dziś i jutro
Pojutrze – nie wiem
Może zachowam siebie tylko dla siebie?
Dla twojego świętego spokoju
I mojego zagubionego „ja”
Puk, puk – zamknięte.
Nie zauważyłam kartki na drzwiach – „Z powodu choroby…”
Rozczarowanie, niezadowolenie, nieporozumienie, a przecież są telefony. Jeden telefon i nie biegłabym znów myśląc, że się spóźnię. Przygotowałam się na spotkanie, jak zwykle z duszą na ramieniu przeanalizowałam wszystkie wątpliwości z poprzedniego spotkania i poukładałam na półkach w głowie. Cześć notatek miałam w notesie. Chciałam się zmienić, a że traktowałam nasze spotkania jak zadanie na zasadzie uczeń – nauczyciel, aczkolwiek robiliśmy w pokrewnej profesji, rzadko miałam totalną pustkę w głowie. Nauczyciel też człowiek, zawiódł. Może chorować, oceniać, czuć znudzenie i bezsens nauki. Parę razy mi to naszkicował, ale uczucia i wnioski zostawił dla siebie w brutalnej rzeczywistości: terapeuta – klient.
Dwa kroki w przód i znów się cofamy. A ja szybko zapominam. Dopóki jestem na bieżąco, nie mam problemów z mówieniem, dopiero zaburzając rytm niedyspozycją, zapada cisza. Tak było ostatnio. Pamięta pan? Nie umiałam określić, co się stało, jak i zdecydować się, o czym będziemy rozmawiać. Pustka. Cisza przez jedno spotkanie, przez brak telefonu. Pan ma oczywiście swoją własną teorię, która nawet trzyma się kupy. Pod pustką kryją się drzwi, mocne, które dodatkowo knebluje woda. Za drzwiami są powinności, uprzejmości podobne temu uprzejmemu gestowi chwycenia za słuchawkę, i które przydałoby się podkopać, by woda, choć maleńkim strumyczkiem, wypłynęła spod drzwi. Oczywiście gwałtowność do niczego nie prowadzi, gniew niszczy zamiast budować, ale myślę, że pan ode mnie też mógłby się czegoś nauczyć. Szkoda, że nie umiem panu powiedzieć o tym nietakcie.

Nie wyobrażam sobie pracy w biurze, „od – do”. Patrzenia wciąż na te same twarze, jak na okno, które zabite gwoździami nigdy nie da świeżego powietrza. Pan z naprzeciwka kicha, to i ja muszę kichnąć dnia następnego, pani obok ogląda „Modę na sukces” i mnie wciągnie. Pokoje jak klatki, zaraza wciąż ta sama – monotonne stukanie w klawisze, pikantne dowcipy na rozładowanie rannego niewyspania, plotki i narzekania. Niektórzy w takiej atmosferze, w jednym budynku dożywają emerytury. 30 lat za częściowo zamkniętym oknem, aby do 16-17ej i częściowa wolność, bo decyzje nie muszą być już schematyczne, wg pracowniczego programu. Ale czy na pewno? Jeśli ma się jeszcze ochotę i siłę na pasję, jest dobrze. Kiedy są pieniądze, jest wyśmienicie! Ale jeśli zmęczenie i nuda powala na kolana, a matka, żona, kochanka gdera, walczy, żąda, z przyjemnością wraca się rano do schematycznych, przewidywalnych dram. Jakie szczęście, że mnie tam chcą! W roli biurokraty, czasem obszturchanego przez szefa, znienawidzonego przez kolegę w pokoju obok… Ale mam przytulne biurko ze zdjęciami najbliższych, karteczkami, na których można zapisać ulotną myśl, konto na NK, gdzie uczę się grafiki i dialogu. Czego chcieć więcej?
Gdyby los, na początku dorosłego życia, pchnął mnie w rejony biur, na pewno niewiele wiedziałabym o świecie za oknem. Nawet nie próbowałabym się buntować. Klatkę otwieram sobie sama, powoli. Paradoksem jest to, że ludzie potrafią ograniczać i rozwijać. Wszystko zależy od miejsca, z którego ma się widok.
Namaluję Cię cienkim piórkiem na szkle
W oczy włożę czarne perełki
Prometejski ogień w ciało tchnę
Poruszę serce na szybie
Zimne i mokre od łez
Poprosisz o piorun
A fontanna deszczu
Kolorem spłynie po dnie

Mijamy się wpół słowa.
Przerywamy sobie, wpół liścia tracimy kolory.
Mijamy się nieprzeczytanymi listami, nieobejrzanymi filmami, niechcianymi myślami.
Niezrealizowanymi potrzebami uciekamy, ty ode mnie, ja od ciebie.
Wdziałeś, jak skoczył z czwartego pięta i się nie zabił?
Minął się ze śmiercią i leży nieruchomo w łóżku.



